GMO pod lupą

redakcja/komal
15.11.2018 12:06
A A A
pole

pole (fot. Shutterstock)

Modyfikacje genetyczne miały mieć same zalety i rozwiązać problem głodu na świecie. Wciąż budzą jednak poważne wątpliwości. Dlaczego?

Zmiany w materiale genetycznym organizmów z pomocą inżynierii genetycznej nie są sprawą kontrowersyjną wyłącznie dla „nawiedzonych ekologów”.

Każda nowa technologia, której pełne skutki są znacznie odroczone w czasie, wymaga uważnego przyglądania się. Za konsekwentnym monitoringiem opowiadają się naukowcy. Zdecydowana większość poważnych instytucji i ośrodków badawczych podkreśla, że jak dotąd nie ma żadnych dowodów na ewentualną szkodliwość GMO. Zarazem: ostateczny efekt ingerencji człowieka w genom roślin i zwierząt dopiero poznamy.

GMO, czyli co?

Od wieków człowiek próbował metodą selekcji i odpowiednich krzyżówek uzyskiwać pożądane cechy u roślin i zwierząt. Tworzył nowe gatunki, odmiany, rasy... Z różnym skutkiem. Proces był długi i żmudny, a jednak udało się „wyprodukować” organizmy zdolne do rozwoju w trudnym klimacie, zwiększać plony, „stworzyć” zwierzęta bardziej mięsne, dające więcej mleka...

Inżynieria genetyczna umożliwia modyfikację cech bezpośrednio na poziomie DNA, więc efekty można uzyskać szybko i tanio. Przynajmniej teoretycznie.

Pierwszy GMO (z ang. genetically modified organism - organizm zmodyfikowany genetycznie) powstał w laboratorium 45 lat temu. Próby już na polu uprawnym (z tytoniem) podjęto w 1986 roku. Osiem lat później w USA rozpoczęła się sprzedaż komercyjnych roślin zmodyfikowanych genetycznie. Pierwsze poważne kontrowersje pojawiły się po trzech latach. Wydawały się na tyle uzasadnione, że wstrzymano wówczas handel zmodyfikowanymi genetycznie pomidorami.

Konkretne modyfikacje

Kukurydza, pomidory, soja zwyczajna, ziemniaki, bawełna, melony oraz tytoń to najczęściej modyfikowane z pomocą inżynierii genetycznej rośliny na świecie. W Europie zazwyczaj modyfikuje się również rzepak i buraki cukrowe.

Zmiany w genomie służą głównie zwiększeniu odporności na wszelkie infekcje i szkodniki, a także wzrostowi tolerancji na zmiany klimatyczne. Możliwe okazało się przedłużenie trwałości owoców i warzyw oraz osiągnięcie korzystniejszej zawartości składników odżywczych, w tym witamin, antyoksydantów, węglowodanów. Z produktów roślinnych usunięto zarazem tzw. składniki antyżywieniowe, czyli substancje utrudniające przyswajanie substancji odżywczych.

Modyfikacje zwierząt są zdecydowanie rzadsze, bardzo kosztowne, a zdaniem przeciwników GMO, najdobitniej pokazały, że ta technologia może stanowić zagrożenie. Modyfikowane ryby czy świnie miały szybciej rosnąć i dawać więcej mięsa. Tymczasem nawet jeśli udawało się osiągnąć ten cel, często chorowały albo okazywały się bezpłodne.

Tak czy inaczej, powstały świecące rybki, koty dla alergików czy owce wytwarzające wełnę toksyczną dla moli, która nie skurczy się w praniu...

Świat wciąż nie traci nadziei na szersze wykorzystanie zwierząt modyfikowanych w medycynie. Już teraz kozy, owce czy krowy pełnią rolę bioreaktorów do produkcji leczniczych białek. Leki znajdują się np. w mleku takich zwierząt. Z pomocą GMO produkowana jest antytrombina (czynnik krzepliwości krwi), antytrypsyna (potrzebna w leczeniu rozedmy płuc) czy erytropoetyna (pomocna w leczeniu niedokrwistości). Wciąż trwają badania nad wykorzystaniem świń w transplantologii. Poza barierą gatunkową (wciąż nie do pokonania) i sporym ryzykiem odrzutu przeszczepionych narządów, pojawiają się głosy o przekraczaniu granic. Czy można w ogóle hodować zwierzęta w celu pozyskania narządów? Z drugiej strony trudno zatrzymać ten proces, skoro daje szansę na ocalenie wielu ludzi.

Zmiany w DNA: czy jest się czego bać?

Na czym zazwyczaj polegają modyfikacje z wykorzystaniem inżynierii genetycznej? Na zmianie aktywności genów naturalnie występujących w organizmie lub wprowadzeniu kopii tego samego genu.

Jest też trzeci sposób i to on budzi najwięcej emocji: wprowadzanie do organizmu obcego genu.

Czy rzeczywiście jest się czego bać? Każdego dnia, każdy z nas, wraz z pokarmem, pochłania około jednego grama obcego DNA. Nie jest to dla nas groźne, bo układ pokarmowy człowieka bez problemu radzi sobie z trawieniem obcego materiału genetycznego. Badania Światowej Organizacji Zdrowia dowodzą, że jedzenie organizmów z wprowadzonym obcym DNA nie stanowi zagrożenia dla zdrowia.

Otwarte jednak pozostaje pytanie czy stosowanie antybiotyków jako markera nie przyczyni się do powstania opornych na leczenie bakterii?

Wraz z genami zapewniającymi te oczekiwane cechy, do modyfikowanego organizmu wprowadza się także marker, by odróżnić osobniki z obcym DNA od reszty. Rzeczywiście, markerami były antybiotyki, ale te, na które większość bakterii uodporniła się już dawno, więc trudno mówić o realnym wpływie GMO na lekooporność... Z drugiej strony aktualnie opracowywane markery nie są już antybiotykami, bo metoda nie okazała się optymalna.

Nowe alergeny?

Białka warunkujące nowe, pożądane cechy zmienianych organizmów, mogą także wywoływać reakcje alergiczne.

Wprawdzie zazwyczaj ta nieprawidłowość jest wykrywana na etapie projektu, który z kolei porzucany jest, gdy wykazane zostają jakiekolwiek przeszkody, jednak problem istnieje.

Znanym przykładem były prace nad groszkiem opornym na chrząszcze. Okazało się, że zmutowany organizm rzeczywiście nie smakował szkodnikom, ale wywołał u myszy ciężkie reakcje uczuleniowe ze strony układu oddechowego. Alergie powodowała też soja z białkami orzecha brazylijskiego. To jednak nie dziwi mocno, skoro naturalne orzechy i soja to często sprawcy silnych uczuleń. Zresztą, jest już inna modyfikowana genetycznie soja, która alergii nie powoduje wcale.

Słabsi nie będą mieli szans?

Natura stale podlega ewolucji i swoistemu wyścigowi zbrojeń. Wygrywają najsilniejsi. Z drugiej strony, wraz z pojawieniem się efektywniejszych leków, pojawiają się groźniejsze choroby. Odpowiedź na doskonalszą obronę? Skuteczniejszy atak. Finalne skutki trudno przewidzieć. Wszelkie leki (i nie tylko) są przez lata testowane, sprawdzane, a bywa, że dopiero długo po wprowadzeniu do obrotu trzeba je nagle wycofywać. Oczywiście, z tego powodu świat nie zrezygnuje z nowych technologii i metod leczenia, jednak musi zachowywać ostrożność i starannie obserwować skutki zmian.

Najpoważniejszym i najgłośniej podnoszonym zarzutem wobec GMO, jest obawa, że wpłynie negatywnie na bioróżnorodność w przyrodzie.

Skoro organizmy zmodyfikowane mają cechy ułatwiające radzenie sobie w środowisku naturalnym, istnieje ryzyko, że będą wypierały gatunki naturalne. Co gorsza, pyłki roznoszone przez wiatr mogą przyczynić się do „skażenia” upraw klasycznych na ogromnym obszarze... Ponadto, rośliny transgeniczne oporne wobec insektów, mogą okazać się trujące dla cennych owadów zapylających, np. pszczół czy motyli.

Wprawdzie żadne badania jednoznacznie nie potwierdziły zasadności tych obaw, jednak brakuje ekspertów, którzy zagwarantują, że problem nie istnieje. Mówi się choćby o ryzyku powstania superchwastów, jeśli nie będzie pełnej kontroli nad przepływem informacji genetycznej.

A czy taka kontrola jest realna?

Są dwa sposoby ograniczenia przepływu genów. Fizyczna izolacja polega na całkowitym oddzieleniu hodowli GMO od środowiska: od etapu produkcji po dystrybucję. Niestety, to bardzo trudne do zrealizowania.

Druga metoda, to odizolowanie genetyczne. Na etapie projektowania naukowcy dbają, by pyłki rośliny transgenicznej były niekompatybilne z roślinami naturalnymi. Na razie jednak nie jest to powszechne rozwiązanie.

Wygrywa ekonomia?

Trudno sobie wyobrazić, że świat zrezygnuje z tak opłacalnej technologii, gdy na świecie rządzi pieniądz i panuje głód. W wielu regionach przyczyną głodu są ciężkie warunki klimatyczne, jałowość gleby, upraw... GMO może ten problem znacznie ograniczyć.

Z drugiej strony efekty nie są takie pewne. W pierwszej kolejności dzięki GMO miał się poprawić ekonomiczny stan rolników. Ich zyski miały wyraźnie wzrosnąć w związku z większymi plonami, obniżeniem kosztów uprawy, oprysków...

Amerykańscy rolnicy od lat sugerują, że stali się zakładnikami producentów roślin GMO. Nie mogą zachować nasion z własnych upraw na kolejny rok w związku z prawem patentowym. Zresztą nie miałoby to sensu, bo „nasiona-dzieci” zwykle nie mają już wielu pozytywnych cech roślin z pierwszego siewu.

Co do zbiorów: zwykle GMO rządzi. Są jednak regiony USA, gdzie rolnicy obserwując uprawy przez kilka lat, dowodzą, że aktualne plony są nawet o 20 procent gorsze od osiąganych przy uprawach naturalnych.

Zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy GMO, mają sporo argumentów i twardo pozostają przy swoim stanowisku. Kto ma rację, rozstrzygnie historia, a nam pozostaje kierować się intuicją i zdrowym rozsądkiem.

______________________________________________________________________

Materiał partnera: